Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 089 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Mo Yan - jak zostałem pisarzem

sobota, 13 października 2012 17:47

Wszystkich mniej lub bardziej związanych z Chinami czwartkowa wiadomość o przyznaniu mu Nagrody Nobla wprawiła w euforię… lub w irytację – bo styl Mo Yana zdecydowanie nie każdemu odpowiada.  Na pierwszy rzut oka wydaje się on niefrasobliwy, pełny życia i pełny szaleństwa. Kultura chińska stawia jednak przed pisarzem cały szereg wymagań, cały szereg zadań, z których musi się on wywiązać. I nie chodzi tutaj o obowiązek przynależności do Chińskiego Związku Pisarzy, ale o kwestie natury moralnej. Czy pisarz może naprawić świat? Jaki powinien być stosunek pisarza do rzeczywistości? Gdzie można zakreślić granice krytyki? Poniżej przedstawiam przetłumaczony przeze mnie wykład Mo Yana, który został wygłoszony 7 lat temu, gdy twórca otrzymał doktorat honoris causa z literatury na Wolnym Uniwersytecie Hongkongu. Niewątpliwie Mo Yan odpowiada w nim przynajmniej na część spośród tych pytań.

Mo Yan – Jak zostałem pisarzem.
Porcja pierogów

W 1957 roku do mojego domu przyszedł sąsiad, który był studentem.

Mówił, że kiedy przebywał w Jinanie, poznał jednego „zepsutego” pisarza. Chciałem wiedzieć, do jakiego stopnia pisarz ów był „zepsuty”. Otóż każdego dnia jadł trzy porcje pierogów.

W tym czasie jadłem pierogi raz na rok. A i to nie zawsze.

Zapytałem wtedy sąsiada: „Wujku, jeśli napisałbym jakąś powieść, to czy mógłbym każdego dnia jeść trzy porcje pierogów?”

Tak więc moje pierwsze marzenie o literaturze i karierze pisarskiej wzięło się stąd, że każdego dnia chciałem jeść trzy porcje pierogów.

Po tym, jak wreszcie wypożyczyłem i przeczytałem wszystkie książki, które były w wiosce, w głowie miałem już pewne pojęcie o literaturze.  W wiosce mieliśmy różne klasyczne powieści, takie jak „Powieść o Trzech Królestwach”, „Niesamowite historie o dziwnych ludziach” czy „Powieści historyczne z czasów dynastii Sui i Tang”. Różnymi metodami, a to pomagając ludziom w pracy, a to poprzez handel wymienny, zdobyłem i przeczytałem wszystkie te powieści. Wydawało mi się wtedy, że przeczytałem wszystkie książki na świecie.

Skąd pseudonim „Mo Yan”

Od dziecka bardzo lubiłem mówić. W wiosce mawiali o takich dzieciach, że gadają, jakby strzelały z armaty. Potem napisałem opowiadanie „Czterdzieści jeden strzałów”, jednym z bohaterów też jest takie dziecko, postać ta oparta jest na moich osobistych doświadczeniach.

Jako że lubiłem dużo mówić i przy okazji zawsze mówiłem prawdę, przysporzyłem mojej rodzinie wiele kłopotów. Zatem gdy kilkadziesiąt lat później moja pierwsza powieść miała zostać wydana, postanowiłem opatrzyć ją pseudonimem „Mo Yan”, co oznacza „niemówiący”. Był to rodzaj przypomnienia dla samego siebie, żebym tak dużo nie gadał. Czas pokazał, że wcale mi się to nie udało, mówię tak dużo, jak kiedyś, a w szczególnie istotnych kwestiach mówię prawdę.

Uważam, że mówienie prawdy to bez wątpienia jedna z najwartościowszych cech pisarza. Jeśli pisarz kłamie, to społeczeństwo nie ma z jego pracy żadnych korzyści, nie pozostaje to też bez negatywnego wpływu na jakość literatury. Największe dzieła literatury muszą mieć w sobie coś z prawdy, a w szczególności powinny odzwierciedlać życie ludzi z klas niższych.  

Wyznaję pewien rodzaj przesądu: otóż uważam, że sztuka i literatura nigdy nie mogą stać się narzędziami pochwały. Literatura i sztuka powinny pokazywać to, co mroczne, ukazywać ciemne strony społeczeństwa, panujące w nim niesprawiedliwości, powinny też ukazywać mroczne miejsca w duszy człowieka, złą stronę jego natury.

Gdy zatem moje powieści były publikowane, niektórzy czytelnicy okazywali niezadowolenie. Zbyt wnikliwie zbadałem bowiem te mroczne miejsca.

Oczywiście nie zabiegam o takich czytelników, ani też nie zrezygnuję ze swoich zasad tworzenia literatury. Kiedy skończyłem powieść „Zmęczenie życiem i śmiercią”, w postscriptum umieściłem takie zdanie: „Choćby został tylko jeden czytelnik, ja dalej będę pisał w ten sposób”.

Wyobraźnia to dziecko głodu i strachu

Moja wyobraźnia jest całkiem niezła. Dlaczego tak jest? Ponieważ moja wyobraźnia bierze się z głodu. Kiedy wybiegałem ze szkoły w piątej klasie, sam chodziłem z dwoma krowami na pastwisko. W oczach krów widziałem własne odwrócone odbicie. Czasami leżałem na trawie, patrzyłem na białe chmury, słuchałem śpiewu ptaków, słyszałem, jak rośnie trawa, czułem zapach ziemi. Tego rodzaju doświadczenie długiego kontaktu z ziemią, z naturą, i to osamotnienie w towarzystwie zwierząt – wszystko sprawiło, że pogrążałem się w marzeniach i fantazjach.

Nawet teraz nadal wykorzystuję ten życiowy materiał, który nagromadziłem w pierwszych dwudziestu latach swojego życia. Doświadczeń późniejszych w zasadzie do tej pory nie przelałem na papier.

Jeśli chodzi o wyobraźnię, to są także zewnętrzne źródła. Nasza wioska Gaomi w prowincji Szantung jest niedaleko od miejsc opisywanych w „Niesamowitych historiach” Pu Songlinga, nie dalej niż 150 kilometrów.

Słyszałem wiele razy, jak starsi ludzie opowiadali historie o duchach, człowiek, który się boi, także uruchamia wyobraźnię. W latach sześćdziesiątych minionego stulecia wielu ludzi umierało. Rekordem naszej wioski było osiemnaście zgonów jednego dnia. Gdy tylko wychodziło się z domu, widziało się w polu błysk żałobnych latarni, a w powietrzu unosiły się lampiony. Moja ciotka, która była w wiosce lekarzem, mówiła mi, że to zaloty lisicy*.

Człowiek, który znalazł się w takim środowisku, z pewnością odczuwa rodzaj lęku, wyobraźcie sobie, że jesteście otoczeni mnogością tajemniczych przedmiotów, a gdy idziecie drogą, słyszycie wyraźnie dźwięk podążających za wami kroków.

Stąd właśnie pochodzi wyobraźnia.

Jakie znaczenie dla powieści ma struktura?

Struktura w powieściach ma kluczowe znaczenie, za każdym razem, gdy piszę, wysilam umysł, by opowiedzieć moją historię za pomocą struktury innej od tych, które użyłem wcześniej. Jeśli pisze się powieść w formie kroniki, annałów, to z pewnością będzie długa, i aby zachować spójność, nie będzie można pominąć żadnego z wydarzeń. Jeśli pisze się powieść epistolarną, to ta  klasyczna forma ma pewne zalety, a największą z nich jest swoboda: można od roku 1958 przeskoczyć do 2008, przetworzyć w artystyczną formę wszystkie te doświadczenia mojej ciotki z jej kariery lekarskiej sprzed pięćdziesięciu lat.

W jaki dialog wchodzi ze światem literatura chińska?

Obecnie literatura chińska zaczęła wchodzić ze światem w dialog, przekroczyła wąskie, klasowe uprzedzenia, a dokonało się to w dużej mierze w latach osiemdziesiątych minionego stulecia. W tym czasie prawie wszyscy pisarze w wielkich ilościach czytali powieści przetłumaczone z zachodnich języków. Znacząco poszerzyło to horyzonty chińskich powieściopisarzy. Powieści, które napisałem w latach osiemdziesiątych, także noszą na sobie bardzo wyraźne piętno zachodnich wpływów, na przykład „Złotowłose dziecko” czy „Piorun kulisty”.

Kiedy doszedłem do etapu wyznaczanego przez „Czerwone sorgo”, pojąłem, że muszę uciec od tych wpływów, że koniecznie muszę pisać swoje historie, opowiadać czytelnikowi o tym, z czym jestem zaznajomiony.

Wymaga to pójścia między ludzi, poszukiwania tych wszystkich bogatych zasobów prawdy, ukrytych w ludzie. Oczywiście mówiąc o ludzie nie mam na myśli wyłącznie oddalonych od cywilizacji wiosek, miasta także zamieszkuje lud. Stąd wzięły się „Kara drzewa sandałowego” oraz „Zmęczenie życiem i śmiercią”.  

Tak więc literatura chińska powstająca po latach osiemdziesiątych, wliczając w to mnie, zapożycza wiele z tych dwóch źródeł. Pożyczamy od przetłumaczonych na chiński zachodnich powieści, mają one bardzo istotny wpływ na nasze koncepcje literatury. Wiele materiałów pozyskujemy też od ludu – tak wygląda właśnie współczesna chińska literatura.

 Czy etykietka „Made in China” gwarantuje sukcesy?

Jaka znowu etykietka? Sam nie wiem. W posłowiu do „Kary drzewa sandałowego” napisałem, że chcę tworzyć we własnym stylu i wcale nie po to, by mieli to czytać zagraniczni tłumacze. Żaden pisarz nie może się ograniczać, zmieniać sposób pisania czy też nadawać odgórnego kierunku swojej twórczości po to tylko, by zdobyć jakąś nagrodę. A nawet jeśli chciałby zmienić, to czy może mu się udać?
Pisać należy tak jak się komu podoba. W codziennym życiu mogę być odważny, ale mogę też być tchórzem, żałosną kreaturą, kiedy jednak piszę książki, staję się pożądliwy jak królik, nieustraszony jak lew i twardy jak skała.

* – lisica [狐狸精] to przynosząca zgubę żeńska zjawa rodem z chińskiej demonologii ludowej.

Wywiad za stroną Shizheng Xinwen  , skrócony, śródtytuły przekształcone.


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (28) | dodaj komentarz

Pekin na rowerze

wtorek, 18 września 2012 21:14

Skojarzenia z Chinami są różne. Stare filmy i śpiewająca ckliwe kawałki Katie Melua sprawiły, że wielu widzi w wyobraźni kraj, w którym wszyscy wyglądają jednakowo, noszą mundurki Mao i jeżdżą na rowerach. I choć w ciągu ostatnich lat obraz zatłoczonych rowerami wąskich uliczek ustępuje raczej widokowi estakad zakorkowanych bentleyami i mercedesami, to jednoślad ten nadal stanowi dla wielu Chińczyków podstawowy środek transportu – im bardziej na południe, tym cyklistów więcej, ale Pekin też jest z paru względów miejscem stworzonym dla turystyki rowerowej. Jeżeli ktoś jeszcze się waha, to niech wie, że wydanie 200 RMB na najtańszy rower + 30-40 RMB na blokadę może się okazać doskonałą inwestycją.

 

Przede wszystkim miasto jest płaskie jak stół. Nie wiem, czy którakolwiek z głównych dróg jest nachylona pod kątem większym niż 15 stopni, a starożytny układ urbanistyczny sprawia, że jedzie się prosto jak strzelił. Drogi są zorientowane według kierunków geograficznych i czytelnie oznakowane, więc trudno się zgubić. A przy każdej większej szosie znajduje się ścieżka dla pojazdów jednośladowych, wyglądająca tak (obszar dla rowerzystów zaznaczyłem na niebiesko):

 

Przy sprzyjających warunkach da się po takich drogach jeździć ze średnią prędkością 23-25 km/h. Przy sprzyjających warunkach, a więc wtedy, gdy nie tworzą się zatory. Uważać trzeba oczywiście na kilka rzeczy: półgłówków wyjeżdżających z podporządkowanej bez rozglądania się (mam na myśli ludzi na rowerach, bo samochodom i tak trzeba ustąpić), taksówki, w których znienacka otwierają się drzwi, oraz na autobusy, które zazwyczaj muszą podjechać do przystanku po pasie dla rowerów. Wyprzedzanie stojącego autobusu może zamienić się z rutynowego manewru w przygodę życia, gdy ten znienacka ruszy. Rowery bywają też często kradzione (bądź przestawiane przez pilnujących każdego możliwego obiektu ochroniarzy), toteż trzeba przypiąć blokadę do jakiegoś nieruchomego słupa czy ogrodzenia.

 

Rower pekiński ma zestandaryzowany wygląd. Jest to damka, bez przerzutek, opony prawie bez bieżnika. Nie wymaga prawie żadnego serwisowania: o napompowanie powietrza w kołach i nasmarowanie łańcucha można poprosić w warsztatach przyulicznych podpisanych 修车, kosztuje to 0.5 – 3 RMB, wymiana zerwanego łańcucha to 20-30 RMB. Samego roweru nie warto kupować w supermarketach, bo w odróżnieniu od Polski jest tam drożej – najlepsze są sklepy dla studentów w obrębie kampusów uniwersyteckich.

 

Rowerzysta stale dzieli drogę z różnymi dziwacznymi pojazdami: skuterami elektrycznymi [电动车], skuterami benzynowymi i motocyklami zwanymi najczęściej po prostu „motor” [摩托车] a obrazu chaosu dopełniają najróżniejsze dziwaczne trójkołowce [三轮车], przewożące towar czy ludzi. Kierowcy tych pojazdów nie przestrzegają żadnych przepisów, jeżdżą szybko, niebezpiecznie i na okrągło rozmawiają przez telefony komórkowe. Hamulce mają marne bądź niedziałające, dlatego lepiej nie robić sobie nadziei, że zahamować zdążą, jeśli zajedziemy im drogę.

 

W czasie mojego pobytu nie udało mi się znaleźć żadnego specjalistycznego atlasu rowerowego, który uwzględniałby bieżącą sytuację drogową. Ba, nawet mapy Baidu nie pozwalają na wybranie roweru jako środka transportu przy planowaniu trasy, co uważam za karygodne zaniedbanie. Uniwersalna rada jest taka: warto zapoznać się z planami budowy metra i unikać dróg, wzdłuż których ono powstaje. Przykładowo obecnie taką ulicą jest prostopadła do trzeciej zachodniej obwodnicy Chegongzhuang [车公庄路] – blaszane ogrodzenia znacząco zwężają drogę i nierzadko trzeba przeciskać się wąskimi objazdami, prawdopodobieństwo czołówki z jakimś krewkim skuterzystą czy rozjechania pieszego znacząco rośnie. Jeśli chodzi o wycieczki rowerowe, to szczególnie polecam parki –Yuanmingyuan [圆明园] jest zdecydowanie najatrakcyjniejszy, bo największy: setki zwiedzających gubią się w tym ogromie. Jest też w Pekinie kilka miejsc, do których rowerem wjechać nie można, z najbardziej znanych – ulica Wangfujing, gdzie w weekendy czuwają strażnicy i trudno im wyperswadować nawet, że „będzie się rower prowadzić pieszo”.

 

Najlepszą ze wszystkich rowerowych dróg w Pekinie (a może i na świecie) jest ciąg komunikacyjny Chang’an Jie – Fuxing Lu (oś wschód-zachód, pod ziemią jest pierwsza linia metra). Wygląda mniej więcej tak:

 

A przy samym placu Tiananmen jest jeszcze szersza. Krótko mówiąc: od Xishan po Park Ritan, od Yuanmingyuan po ulicę Krowią – Pekin jest wręcz stworzony dla rowerzystów.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (18) | dodaj komentarz

Datong, małe miasto wielkich zmian

sobota, 18 sierpnia 2012 16:40

Mniej więcej w odległości siedmiu godzin jazdy pociągiem z Pekinu, na „żółtej ziemi” wyżynnej prowincji Shanxi, znajduje się miasto Datong [大同], miejsce, gdzie starożytne Chiny spotykają się ze współczesnymi i jest to spotkanie, jak zwykle, ze wszech miar niebanalne. Datong powstał za czasów dynasti Han jako Pingcheng [平城], przez długie lata prosperował znakomicie jako przystanek na Jedwabnym Szlaku, za czasów dynastii Wei powstały w jego okolicach słynne groty Yungang [云冈石窟]:w 53 grotach mieszczą się różne rozmiarami i kształtami posągi Buddy. Gdy tylko kupimy plan miasta, możemy stwierdzić, że układ urbanistyczny Datongu powiela wzorce innych metropolii starożytności: widać tu prostokątne mury i ulice przecinające się pod kątem prostym, ale ponad murami i ulicami wyrastają niezliczone dźwigi – to jest główne wrażenie, które pozostawia w odwiedzającym współczesny Datong. Budynki w okolicy świątyni Huayan [华严寺] zostały zrównane z ziemią, skonstruowano tam „nowe-stare miasto”, czyli zabudowę z dachami dawuding [大屋顶], bramy pailou [牌楼] i wyrzeźbione w kształt kobiet latarnie. Takiej dynamicznej transformacji podlega całe centrum – obok paru ocalałych prawdziwie klasycznych budynków, czyli wieży bębnów i dwóch kompleksów świątynnych, powstaje pseudoklasyczna zabudowa, wypełniona sklepami z odzieżą i biżuterią. Datong jest fascynujący właśnie dlatego, że można (jeszcze) dostrzec miasto w trakcie zmiany, zobaczyć gołym okiem, jak nowe Chiny fabrykują swoją starożytność.

 

 

Choć położonych w centrum slumsów nie ma za bardzo jak żałować, przy nich nawet najbardziej zaniedbane hutongi z Pekinu wyglądają całkiem nieźle. Sypiące się ruiny z cegły, brak bieżącej wody, wspólne toalety na zewnątrz, zamiast ulicy udeptane błocko, po którym pędzą motorowery. A jednocześnie tuż obok rozwój – w żadnym innym chińskim mieście nie widziałem tylu niosących obietnicę znaków [招聘zhāopìn, „poszukuję pracowników”]. Pensje wahały się od 2 do 6 tys., całkiem nieźle jak na miasto na głębokiej prowincji. Bliskość grót Yungang czy może też inne uwarunkowania historyczne sprawiają, że mieszkańcy Datongu są uduchowieni ponad chińską średnią: wielu nosi buddyjskie bransolety, a kierowca, który zawiózł mnie w bardzo ciekawe góry Hengshan [恒山], miał posążek Buddy na honorowym miejscu w samochodzie (obok małą Hello Kitty) oraz mantrę Om mani padme hum  jako dzwonek w telefonie.

 

Wspomniany Hengshan nie jest jedynym miejscem godnym zobaczenia. W samym Datongu jest jeszcze świątynia Shanhua [善化寺] no i oczywiście położona w górach Wisząca Świątynia [悬空寺], którą zwiedza się w tłumie turystów próbujących się przeciskać wąskimi, drewnianymi przejściami za 130RMB (bilet normalny). Lekka przesada, narzekania na wysokie ceny biletów w atrakcjach turystycznych stanowią żelazny punkt programu, gdziekolwiek tylko nawiąże się jakikolwiek kontakt z innymi turystami: i to niezależnie czy z chińskimi, czy z zagranicznymi. Ale cóż, wszyscy zaciskają zęby i płacą, wyboru nie ma.

 

Datong potwierdził w zasadzie moje (i nie tylko moje) przeświadczenie. Mieszkanie w Pekinie czy Szanghaju wypacza pogląd na Chiny. Oglądamy w tych dwóch miastach olbrzymią dekorację teatralną: czerwone dywany, defilady rządzących, pokazową sztuczność odrestaurowanych gmachów w Pekinie; błyszczące wieżowce, przesycone kiczem nocne kluby i drogie sklepy w Szanghaju. Wystarczy jednak jeden bilet na twarde siedzenia do Datongu, by móc zajrzeć za kulisy tego wielkiego teatru, którym są współczesne Chiny.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zalało Pekin

niedziela, 22 lipca 2012 14:58

Położony w dala od wielkich chińskich rzek Pekin nie jest miastem, w którym spodziewać by się można powodzi. Niemniej jednak wielka nawałnica  potrafi sparaliżować każde miasto, a właśnie taka miała miejsce wczoraj – opad wyniósł 212 mm (najwięcej od 1951 roku), zalane zostały drogi, stacje metra, większość odlotów ze stołecznego lotniska odwołano, powrót do domu z pracy setek tysięcy mieszkańców miasta przypominał drogę przez piekło – a przynajmniej 10 osób nie wróci do domów już nigdy, zginęli od obalonych przez wiatr drzew, od piorunów, bądź w samochodach zaklinowanych pod zalanymi estakadami. Wieczorem nie jeździły taksówki, część moich znajomych została odcięta w różnych odległych miejscach Pekinu, ale nikomu z nich nic się nie stało. Według doniesień medialnych najbardziej ucierpiały położone na zachodzie i północy przedmieścia Pekinu: Mentougou[门头沟], Pinggu[平谷], Fangshan[房山]i Huairou[怀柔]. Można się domyślać, dlaczego: to już taka trochę wieś, gdzie ulice nie krzyżują się pod kontem prostym jak we właściwym Pekinie, infrastruktura pewnie jest starsza, służby ratownicze bardziej rozproszone, w zasadzie są to odrębne miasta żyjące swoim odrębnym życiem, do których z centrum jedzie się przynajmniej 2 godziny autobusem. Tak czy owak, cały Pekin aż po najdalsze obrzeża jest zabetonowany i zamurowany, woda nie ma gdzie uciekać – sam widziałem, jak szybko zapychały się studzienki i ulice zamieniały się w rzeki.

 

Konsekwencji tej nawałnicy nie miałem okazji jakoś szczególnie odczuć na własnej skórze: o dziesiątej rano pojechałem rowerem do Biblioteki Narodowej, wtedy tylko trochę mżyło, więc nawet nie chciało mi się brać parasola. Chińskie ulewy różnią się tym od polskich, że po deszczu temperatura ani trochę nie spada – zmoknie się, to i się wyschnie, nic nadzwyczajnego. Prognoza pogody zapowiadała opady, a nie armageddon – pierwsze ostrzeżenia dla całej prowincji wydano dopiero około 10-11, mniej więcej o 12 w przeszklony dach Biblioteki zaczęła walić woda – brzmiało to jakby ktoś w niebiosach odkręcił gigantyczny kran, deszcz zelżał nieco dopiero o 15 i wtedy wróciłem (osłabła tylko intensywność opadów, więc zmokłem tak czy owak, koła roweru cięły kilkucentymetrowe kałuże, ochlapując mnie już dokumentnie). Popołudnie było nie lepsze – burze w klimacie kontynentalnym mają w sobie coś z końca świata, niebo na przemian ciemniało i jaśniało, gdzieś w oddali waliły pioruny. W hallu akademików pojawiło się kilka dużych kałuż, obsługa usiłowała wyssać wodę odkurzaczami; w okolicznym supermarkecie, do którego się przeprawiłem po jedzenie, próbowano wykorzystać absorbcyjne właściwości kartonów – obie metody co najwyżej mogły sprawić, że pracownicy przez chwilę poczuli się potrzebni - woda bowiem została tam, gdzie była.

Deszcz skończył się ponoć dopiero około drugiej w nocy. Dzisiaj, wbrew prognozom, które zapowiadały dalsze ulewy, nad stolicą cały dzień świeciło słońce, a na niebieskim niebie powoli przesuwały się postrzępione pierzaste chmury, cienkie jak pajęcze nici. Ulewy zawsze zmywają z Pekinu smog i brud zanieczyszczeń – tym razem jednak cena, jaką przyszło zapłacić mieszkańcom miasta za piękną pogodę, była zdecydowanie zbyt wysoka.

 Linki:

http://www.unescap.org/idd/events/2009_EGM-DRR/SAARC-India-Shankar-Mahto-Urban-Flood-Mgt-Final.pdf

http://v.youku.com/v_show/id_XNDMwMzc4OTk2.html

http://v.youku.com/v_show/id_XNDMwMzcxOTMy.html

http://news.sina.com.cn/c/2012-07-22/033924819454.shtml

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (26) | dodaj komentarz

Piłka, wojna, śmierć - Euro widziane z Pekinu

niedziela, 24 czerwca 2012 17:26

W ostatnim czasie nasze media, zawsze gorliwe w wyszukiwaniu pochwał z zagranicy, pokrótce zrelacjonowały, jak wygląda oglądanie Euro 2012 w Chinach. Jako że mistrzostwa dla Polaków się już zakończyły, a do końca zostało tylko parę spotkań, mogę pokusić się o parę podsumowań.

 

Pierwszy mecz oglądaliśmy z dwójką rodaków w ogródku piwnym położonej obok uniwersytetu restauracji japońskiej, w hałaśliwym, acz zgodnym towarzystwie Rosjan i Kanadyjczyków. Ogólnie lokal, w którym transmituje się mecze, dość łatwo znaleźć w Pekinie – niemniej jednak w naszym piwo było drogie i niedobre, a za przekąski służyły „dania na zimno” czyli najprawdopodobniej to wszystko, co goście przez dzień nie zjedli. Ohyda. O samym meczu już nic nie powiem, bo w twarzach kopaczy Smudy dojrzałem już klęskę i wiedziałem, że nic z tego nie będzie, niezależnie od tego, jak sędziowie będą nam sprzyjać i ile szalików premier zawiąże sobie na szyi. Chińczycy także oglądali mecz, to znaczy pochłaniali przekąski i czasami zerkali na ekran.

 

Kluczowa sprawa: Chiny to wybitnie niefutbolowy kraj, co aż dziwi, zważywszy na osiągnięcia Chińczyków w innych dyscyplinach sportu. Do ważniejszych sukcesów reprezentacji należy zakwalifikowanie się do mistrzostw świata w 2002 (nie strzelili wtedy żadnej bramki, przegrali z Japonią, na ulicach zapłonęły japońskie samochody) i zwycięstwo z Francją w 2010 roku (mecz towarzyski). O ile w Polsce wydarzenia pokroju „dzisiaj na Koronie gra Legia” albo „dzisiaj są derby” wywracają do góry nogami całe miasta, o tyle tutaj rozgrywki ligowe są niewidoczne, dopiero kwerenda na Wikipedii dopomogła mi dowiedzieć się, że stołeczną drużyną jest Beijing Guo’an [北京国安]. Piłka nożna przebija się do newsów głównie przy okazji skandali korupcyjnych: dokładnie dzień po wielkiej wojnie Polska-Rosja, 13 czerwca, sądy w czterech miastach Północnego Wschodu wydały wyroki skazujące za sprzedawanie meczów, pośród skazanych na wieloletnie więzienie znaleźli się między innymi Xie Yalong [谢亚龙], były wiceprezes Chińskiego Związku Piłkarskiego, Nan Yong [南勇], szef Centrum Sportu, oraz Wei Shaohui [蔚少辉], były kapitan reprezentacji. Xie wyznał reporterom CCTV, że „[pod wpływem skorumpowanego środowiska] ludzie się zmieniają na gorsze, ja także”. Obraz chińskiego funtbolu dopełniają bijatyki, tłumione bezwzględnie przez ochroniarzy i policję (jak np. w Henanie w 2010 roku) 

 

W komentarzach pod filmem ukazującym znane nam wszystkim polsko-rosyjskie starcia niektórzy chińscy internauci napisali także, że „u nich biją się poza stadionem, u nich na stadionie”, mając na pewnie myśli wydarzenia zaprezentowane na tym oto nagraniu (mecz Shanghai Shenhua).

 

W tym wszystkim znajdą się jeszcze w Chinach zapaleni kibice futbolu, którzy są skłonni zarywać noce (po zakończeniu fazy grupowej, wszystkie mecze mają miejsce o trzeciej w nocy czasu lokalnego) i oglądać wyczyny Cristiano Ronaldo. Jest przynajmniej jedna śmiertelna ofiara tego zapału – pewien mężczyzna z Changsha, który przez 11 dni oglądał mecze, zarywał noce i zalewał swój organizm alkoholem, aż w końcu umarł z wycieńczenia.

 

A co z Polską w tym wszystkim? Otóż jedne mistrzostwa wiosny nie czynią, i choć wiele ludzi z ulicy inaczej reaguje na moją odpowiedź na standardowe pytanie „Skąd jesteś?”, to trudno zmienić typowy zestaw skojarzeń wiązanych tu z naszą udręczoną ojczyzną: czołgi, wojna, butelki z benzyną, egzekucje uliczne i unoszący się nad tym wszystkim fortepian Chopina. Organizacja Euro to jednak dobry krok w tym kierunku i trzeba to stanowczo podkreślić: znaleźliśmy się na ten krótki czas w centrum uwagi całego świata i jeśli w głowie biernego konsumenta telewizyjnych treści gdzieś w USA, w Chinach czy w Tajlandii pojawi się skojarzenie „O. Polska. Taki kraj w Europie, całkiem sympatyczny”, to będzie to wielki sukces, na razie trudny do przeliczenia na na pieniądze – ale, kto wie, mogący przynieść duże dochody w dalszej perspektywie.


Podziel się
oceń
1
1
Tagi: euro 2012

komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  39 558  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Galerie

O moim bloogu

Dzienniki zza Tarczy, czyli zza firewalla, który niczym Mur Chiński oddziela chiński internet od reszty świata.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 39558

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Pytamy.pl